12 kwietnia 2013

Konfrontacja korektorów & OCM - moja opinia

Tym razem post kosmetyczny nie będzie dotyczył pielęgnacji, a makijażu. Pomyślałam, że przecież każda z nas chce dobrze wyglądać podczas uprawiania sportu, więc przynajmniej części z Was przyda się mały przegląd korektorów z "dolnej półki".
Osoby śledzące fanpage na facebooku wiedzą, że 2 tygodnie temu stałam się (prawie) szczęśliwą posiadaczką dwóch korektorów, których cena oscylowała w granicy 6-7 zł. Nigdy nie używałam tego typu kosmetyków (wyjątkiem jest podwójny korektor Oriflame z serii Pure Nature), ale do zakupu przekonał mnie jeden z obejrzanych przeze mnie makijażowych tutoriali na YouTube. Niestety jestem typem osoby, która kiedy widzi coś fajnego - musi to mieć. No i tak mam dwa korektory, bez których spokojnie żyłam 22 lata i pewnie jeszcze kilka razy tyle mogłabym przeżyć.

Moim największym problemem jest nos, który robi się czerwony, kiedy jest mu zbyt zimno ;) Okazjonalnie pojawiają się też (ledwo widoczne, ale SĄ) sińce pod oczami i nie jest to zależne od ilości snu, bo raczej nie przegapiam minimum 8 godzin dziennie, na które zasługuję :) Tak więc od korektorów tych wymagałam tylko (albo i aż) ukrycia zaczerwienionego nosa i podsiniaczonych oczu.

Lovely: Magic Pen

Korektor Lovely był moim pierwszym wyborem, zakupiłam go w Rossmannie. Wybrałam najjaśniejszy kolor ze względu na moją bladą (tfu! porcelanową) karnację. Kolor idealny, może tylko odrobinę zbyt za dużo brązowego pigmentu. Nie mniej jednak wpasował się idealnie; lepsze to niż czerwień.
Po kilku dniach zaczęło mnie drażnić jego nakładanie pod oczy, bo pędzelek był po prostu niewygodnym do tego narzędziem - ciężko nim było dotrzeć chociażby pod samo oko. Ponadto korektor zbierał się w załamaniach skóry.
Na nos nakładam go jednak do tej pory z trzech względów:
  1. Nie muszę brudzić palców, którymi jednak przy nosie jest ciężej majstrować, niźli pędzelkiem,
  2. Idealnie maskuje rozszerzone pory,
  3. Nie zmazuje ani nie rozmazuje się.
Sińców pod oczami nie był w stanie idealnie zakryć, ale mogła to być wina kiepskiego jego nałożenia - inaczej jednak nie da się tego zrobić.

Jeśli chodzi o współgranie z podkładem, to świetnie radził sobie z Lirene City Matt, ale już łączenie go z L'Oreal Lumi Magique nie jest zbyt dobrym pomysłem, gdyż po prostu się rozmywa - i myślę, że tak będzie się działo z większością (o ile nie z każdym) podkładem rozświetlającym.

Bell: Perfect Cover

Korektor Bell zakupiłam w Biedronce za równie symboliczną kwotę. Jest o wiele lepszą opcją niż korektor marki Lovely i naprawdę go polecam do zakrywania zaczerwienień czy sińców. Choć na zdjęciu powyżej może wydawać się nieco ciemny (a wybrałam również najjaśniejszy odcień), to idealnie stapia się ze skórą i nie ma problemu z przykryciem go podkładem.
Tego cudeńka używałam głównie pod oczy, choć zdarzyło mi się kilka razy nałożyć go także na nos - tu jednak okazał się dużo mniej trwałą opcją niż korektor Lovely.

Co do podkładów, to stanowi zgrany duet z oboma wymienionymi przeze mnie podkładami, więc jest dla mnie prawie idealną opcją - gdyby tylko dawał radę z nosem... ;)

Na szczęście zima podobno opuszcza nas już na dobre, więc w przypływie wyższych temperatur przestanę nos katować korektorami i dam mu nieco odetchnąć.

OCM

Żeby nie było całkiem aprofilowo, w jednym poście pielęgnacyjnym ujmę także drugi oczekujący na podsumowanie eksperyment - oczyszczanie twarzy olej(k)ami. Trzy tygodnie temu pisałam o tym, że dałam tej metodzie drugą szansę. Od razu powiem Wam, że nie żałuję! :)
Na początku miałam ochotę przerwać eksperyment, gdyż pojawiły się grudki podskórne na policzkach, ale poradził sobie z nimi peeling enzymatyczny. Teraz żadne niespodzianki nie wyskakują (no dobra, jedna jednodniowa krostka na brodzie tuż przed okresem), a stare powoli (naprawdę powoli!) giną. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy podczas mojej wakacyjnej próby zaprzyjaźnienia się z OCM wysypu nie spowodowały inne czynniki, ale nie mogłam sobie przypomnieć, co nowego jeszcze wprowadziłam w tym czasie do mojej pielęgnacji. Być może był to krem Olay Active Hydrating, który do tej pory leży prawie nietknięty.
W każdym razie OCM mi służy, choć efekty pojawiają się bardzo powoli. W międzyczasie zmieniłam też nieco formułę mojej mikstury - używam oliwki Babydream für Mama i dodaję do niej kilka kropli olejku pichtowego. Uwielbiam ten zapach wieczorem, a jego obecność przyczynić się powinna do odkażenia twarzy. Same plusy! ;)


Znacie się z którymś z wymienionych korektorów? A może znacie inne godne polecenia?

4 komentarze:

  1. Mi ten korektor z Bell bardzo nie podpasował ale chyba zrobię podejście nr 2:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To aż dziwne. A jak go nakładasz? Rozsmarowujesz tylko pędzelkiem czy poprawiasz jeszcze palcami?
      Proponuję go delikatnie wklepywać, wtedy jest najlepszy efekt :)

      Usuń
  2. Moim ulubieńcem jest korektor z Bell Multi Mineral :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli zasłużył na miano "ulubieńca", to sprawdzę go, jak tylko wykończę mojego Bella. Dzięki za cynk :D

      Usuń

Dziękuję za komentarz! :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Reklama