21 maja 2017

Kontuzja mnie zatrzymała, ale nie pokonała. Wracam do gry!


Zapewne zauważyliście, że 2 miesiące temu przestałam publikować na swoim fanpage treningi, które z założenia miały pojawiać się kilka razy w tygodniu. Niestety dostałam kolejną kłodę pod nogi (chociaż raczej powinnam napisać: "kłodą w nerki"), która na ten okres wykluczyła mnie z treningów. Obecnie od tygodnia jest już wszystko w porządku, także wracam do gry! :)

Wszystko zaczęło się od tego, że dzień po ostatnim treningu pobolewały mnie plecy. Jako że robiłam akurat martwe ciągi, to wcale mnie to nie zdziwiło i wzięłam to za DOMSy. Z dnia na dzień było jednak coraz gorzej, a kiedy ból utrzymywał się nadal 4. dnia, wiedziałam że to nie DOMSy. Zaczęłam podejrzewać naderwanie bądź zerwanie ścięgien albo co gorsza problemy z kręgosłupem.
Nie mogłam się schylać, kaszleć, kichać, śmiać się, wsiadać i wysiadać z auta, wstawać z łóżka i od komputer w pracy, a bywały i takie dni, że najdrobniejszy ruch, który wymagał chociażby drgnięcia bioder, (jak chociażby poprawienie się na łóżku) wywoływał ból, przy którym krzyczałam i płakałam. W efekcie tego kiedy już musiałam chodzić albo siedzieć, wyglądałam jakbym połknęła kij od miotły ;) W każdym razie nie było mowy o treningach.

Po miesiącu przeżywania bólu o różnym nasileniu i w różnych sytuacjach pomyślałam o nerkach. Zaczęłam więcej pić i jeść większe ilości warzyw. Ból minął. I wrócił po dwóch dniach, kiedy zaczęłam wypijać znowu po niecałym litrze dziennie. Miałam już pewność co do zapalenia nerek, co potwierdził znajomy lekarz.
Od 1,5 tygodnia biorę leki, a od tygodnia nie czuję bólu. W końcu! Dlatego też od dziś wracam z treningami, chociaż powiem szczerze, że trochę boję się znowu porwać na deadlifty, mimo że to nie ich wina.
Lada dzień chcę również wrócić na siłownię, bo domowe treningi i Forest zdecydowanie nie idą ze sobą w parze ;) Aczkolwiek przez kilka kolejnych dni będę mimo wszystko uskuteczniać treningi w domu - żeby przypomnieć sobie technikę i przygotować mięśnie. Równocześnie z powrotem na siłownię wdrożę plan treningu obwodowego, chociaż moje serce należy do splitów i boję się, że nie wytrzymam przy obwodach więcej niż 4 tygodnie :P Mam jednak nadzieję, że rozum wygra z sercem.

I tym optymistycznym akcentem się z Wami żegnam. Muszę znaleźć sobie jakiś siłowniany outfit na moje nowe (niestety większe) wymiary :P
Czytaj dalej...

2 kwietnia 2017

Fit tort... dla psa!


Forest skończył dziś 6 miesięcy. Nie mogłam przejść obok tego obojętnie i poza pierwszą lekcją pływania i tropieniem postanowiłam zrobić mu psi fit torcik.
Takich przepisów jeszcze na blogu nie było, ale jako że większość z Was w ankiecie chciała wpisów lifestyle'owych, mam nadzieję, że i z tego skorzystacie Wy i Wasze zwierzaki.

Torcik powstał na spontanie, chociaż głowiłam się jakiś czas, co oprócz kurczaka i naturalnych barwników mam tam wrzucić. Zrezygnowana sięgałam już po płatki owsiane (znowu), kiedy do głowy (czy raczej: w ręce) wpadł mi ryż. I tak oto mamy bezglutenowy (a dla psów to ważne) torcik z tym, co piesy lubią najbardziej (mięcho), a dodatkowo wyglądający całkiem sobie. Forsiu zjadł pierwszą część ze smakiem i ledwo udało mi się zrobić zdjęcia drugiej :D



Składniki

  • pół szklanki ryżu,
  • pierś z kurczaka,
  • 2 jajka,
  • garść szpinaku (ja miałam mrożony i dałam 3 małe brykiety),
  • mały burak.

Przygotowanie

Ryż ugotowałam i ostudziłam. Zblendowałam go z dwoma jajkami i piersią z kurczaka. Masę podzieliłam na 3 części. Do jednej dodałam szpinak, do drugiej pokrojonego buraka, trzecią zostawiłam bez barwnika. Masy ze szpinakiem i burakiem zblendowałam - oczywiście każdą osobno.
Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni góra-dół. Kokilki wysmarowałam olejem i ułożyłam w nich warstwowo ciasto. Kolejność: szpinak, biała masa, burak. Szpinak nie bez powodu dałam na spód. Przez to, że był mrożony (a co za tym idzie - ta masa była najrzadsza), bałam się, że może przecieknąć i "zabrudzić" pozostałe warstwy.
Całość piekłam ok. 25 minut i zostawiłam do wystudzenia. Po wyjęciu z foremek polałam jogurtem naturalnym i podałam, po czym starałam się napstrykać jak najwięcej zdjęć, żeby zdążyć przed pożarciem mojego arcydzieła :D



Ech, co to za czasy nastały, żeby mój psiak odżywiał się zdrowiej i trenował ciężej niż ja... ;)
Niestety 1,5 tygodnia temu musiałam przerwać treningi z powodu kontuzji... Ale o tym napiszę w kolejnym wpisie. Tymczasem trzymajcie się i dajcie mi koniecznie znać, czy wykorzystacie przepis i jeśli tak - jak smakował Waszym psiakom.
Czytaj dalej...

13 marca 2017

Od skinny fat do healthy & fit! Mój plan treningowy cz. 1


Po otrzymaniu od Was wiadomości z pytaniami o plan treningowy, który teraz realizuję i utwierdzeniu się w tym, że chcecie czytać o moich planach treningowych dzięki ankiecie blogowej (wciąż możecie ją wypełnić tutaj), chcę podzielić się nim z Wami. Po jego zakończeniu planuję opublikować moje zdjęcia przed i po. Mam nadzieję, że będzie to stanowiło motywację i dla mnie, i dla Was :)

Mój obecny plan treningowy składa się z dwóch części. Teraz, przez 2 tygodnie, będę wykonywać ćwiczenia z wykorzystaniem ciężaru własnego ciała - zarówno te dynamiczne, jak i izometryczne. Chcę to podkreślić, bo uważam, że w głównej mierze to one odpowiadają za wysportowaną sylwetkę - zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i sprawność ciała.
Kolejne 4-6 tygodni zakładają już wykorzystanie sztangi, hantli i kettlebell.

Dlaczego taki podział? Ano dlatego, że ostatni trening z ciężarami odbyłam dokładnie 26 lipca 2016r., a więc ponad 7 miesięcy temu! Przez cały ten czas nie miałam styczności z żelastwem, nie licząc przestawiania go w celu odkurzenia i umycia podłogi. Dlatego też chcę najpierw przypomnieć moim mięśniom, że istnieje coś takiego jak trening siłowy, zanim dołożę im dodatkowego obciążenia.
A później... No cóż - przyjdzie czas na to, co tygryski lubią najbardziej!  Aczkolwiek znowu bez szaleństw. Pierwsze dwa tygodnie siłowego będę trenować na naprawdę małych ciężarach (przysiady z samym gryfem, MC z 15-20kg, max 3-4 kg na bicepsy itp.) i bez jakiegokolwiek progresu - w ilości powtórzeń/serii/ciężaru. Od trzeciego tygodnia będę delikatnie progresować ciężarem wciąż nie robiąc swojego maksimum.
Ten plan ma być wdrożeniem mnie i mojego ciała z powrotem w rytm treningowy.

Tyle słowem wstępu (który jest chyba najdłuższy w historii bloga). Czas na konkrety i pierwszą część mojego planu.

A mój konkretny plan jest taki, że... nie mam konkretnego planu. Jeśli czytacie mojego bloga dłuższy czas, to wiecie, że nie lubię sztywnego trzymania się czy to diety, czy treningów. Pod tym względem nic się u mnie nie zmieniło :)
Podstawowe założenia to treningi typowo wzmacniające mięśnie głębokie 3-4 razy w tygodniu i pozostałe 2-3 razy w tygodniu.

Do treningów "core" wykorzystywać będę piłkę swiss ball, taśmy TeraBand oraz gumowy ekspander. Natomiast ćwiczenia ogólnorozwojowe wykonywać będę raczej bez dodatkowego sprzętu, ewentualnie z dodatkiem obciążników na kostki i nadgarstki w drugim tygodniu.

Z treningami startuję dzisiaj. Wiem, że miało mieć to miejsce już prawie 2 tygodnie temu, ale niestety jak zwykle wygrało lenistwo. Za to od dzisiaj zero wymówek!

W związku z tym, że w poście nie ujawniam nic konkretnego, kieruję do Was krótkie pytanie odnośnie publikowania poszczególnych treningów:


A skoro już przy Instagramie jesteśmy - zgodnie z Waszymi sugestiami zaczęłam publikować zdjęcia moich posiłków. Zajrzyjcie koniecznie i zaobserwujcie moj profil, bo właśnie ogarnęłam obsługę Instastory i to tam będzie pojawiała się większość "jedzeniowych" zdjęć :)


Buziaki! ❤
Czytaj dalej...

2 marca 2017

Trening w domu czy na siłowni? Refleksje po 2,5 roku


Do napisania tego posta natchnęła mnie rozmowa z Natalią i dyskusja na temat tego, gdzie łatwiej jest nam się zmotywować do treningu - w domu czy na siłowni? 2,5 roku temu, przed postawieniem moich pierwszych kroków na siłowni, popełniłam posta wychwalającego treningi w domu. Czy podtrzymuję swoje zdanie i dlaczego? O tym w dzisiejszym wpisie.

Na siłownię chodziłam w sumie około 1,5 roku, wcześniej przez 2 lata ćwiczyłam siłowo w domu (i tylko do treningu siłowego chcę się odnieść). Zanim poznałam zalety siłowni, uważałam ją za zbędne wydawanie co miesiąc sporej sumy pieniędzy. W cenie jednego karnetu można przecież kupić gryf do sztangi, a oszczędzając 3-4 miesiące możemy mieć całkiem fajną domową siłownię ze sztangą, hantlami, ławeczką itd. Sprzęty są tylko Twoje, ćwiczysz kiedy chcesz, nie czujesz się skrępowana obecnością ani spojrzeniami nieznanych Ci osób... Mogłabym tak wymieniać i wymieniać.

Jednak kiedy zaczęłam chodzić na siłownię (po całkowitej przeprowadzce do Szczecina sprzęt został w domu rodzinnym, nie miałam więc wyjścia), równocześnie zaczęłam dostrzegać zalety takich treningów. Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest ogrom dostępnych sprzętów. Choćbym mieszkała w nie wiadomo jak dużym domu, nie znalazłabym w nim miejsca na postawienie tych wszystkich maszyn, rur i poręczy.
Kolejna sprawa to obecność trenerów i osób trenujących z większym doświadczeniem, którzy (zazwyczaj) są gotowi pomóc, podpowiedzieć. Ja co prawda swojej techniki wykonywania ćwiczeń byłam prawie pewna, ale i tak zdarzało mi się prowadzić ciekawe, merytoryczne dyskusje na temat czy to techniki, czy doboru ćwiczeń. Uwierzcie mi, że internetowe fora i społeczności nie zastąpią nawet w połowie rozmowy na żywo z człowiekiem z prawdziwą pasją :)

Na końcu o tym, co w tym momencie przeważa w mojej hierarchii na korzyść siłowni - motywacja. W podlinkowanym na początku wpisie zobaczycie film traktujący o rozproszeniach treningowych w domu. Od kiedy mam psa i męża, którego jednym z ulubionych zajęć w domu jest oglądanie meczy, bardzo ciężko jest się zmobilizować do rozpoczęcia, a jeszcze trudniej do ukończenia treningu zgodnie z tym, co sobie zamierzę przed jego rozpoczęciem.
Kiedy mieszkałam w domu rodzinnym i miałam swój pokój, "domowa siłownia" była dla mnie źródłem nieustającej motywacji i nie wyobrażałam sobie lepszego miejsca do treningu. Ćwiczyłam o której i ile chciałam, sprzęt był tylko mój, nikt mi nie przeszkadzał i nie demotywował. Teraz widząc (albo chociażby mając świadomość), że mąż leży przed laptopem, podczas kiedy ja wylewam siódme poty, odechciewa mi się treningu.
Zupełnie inaczej wyglądało to na siłowni. Kiedy widziałam, że inni dają z siebie 100%, ja dawałam 110. Oglądanie innych osób ćwiczących stanowi niesamowitą motywację. Rozumiem już, dlaczego tyle osób wybiera zajęcia grupowe. Te wciąż mnie nie kręcą i nie wiem, czy kiedykolwiek będą, ale wystarczy mi, że kątem oka widzę inne osoby siłujące się ze sztangą.

Pewnie nie doszłabym do takich wniosków, gdybym tego nie doświadczyła na własnej skórze (i figurze). Ale wiem, czym pachnie trening w domu, trening na siłowni i porzucenie trenowania na siłowni na rzecz treningów domowych. Dzięki temu doszłam do jednego wniosku - wracam na siłkę! Na pewno nie nastąpi to wcześniej niż za 1,5 miesiąca, ale powoli już rozglądam się za najlepszymi ofertami.
Szczecin - znacie coś lepszego niż Jatomi? :)
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Reklama